Tag Archive: fantasy


Andrzej Sapkowski – Żmija

Po Sapkowskim można oczekiwać wiele i wydaje mi się, że on sam też próbuje pewnych nowych dla niego rozwiązań. Wielki W. zaczęty tak naprawdę w 86 roku pokazał, że potrafi pisać, trylogia husycka moim zdaniem była dużo słabsza od W., a Żmija ? Żmija jest opowieścią, która zaczyna się niewinnie jako historia pewnego żołnierza i mam odczucia, że finał z gatunku fantasy niestety nie pasuje do całości. Gdyby została zachowana forma opowiadania i jako opowiadanie opublikowana, potraktowałbym tę pozycję przychylniejszym okiem. Sam W. zaczął się od opowiadań i dopiero gdy okazało się, że świat zbudowany w opowiadaniach był na tyle kompleksowy(i ciekawy) mógł zostać przeniesiony na Long-play’a czyli w tym wydaniu powieści odniósł sukces. Tu poleciłbym proces odwrotny.
Niewątpliwym plusem jest jakość pióra autora +1
Przerost formy -1
wychodzi coś koło 6 – średnio i bez zachwytu
Reklamy

William Horwood – Skrytoświat, wiosna

Niestety ostatni wpis nastawił mnie nieco negatywnie do opisywania kolejnej pozycji. Ocenię ją już teraz, mimo, że nadal ją czytam.

Zaczynamy od oceny 6/10 (zakładam, że dotrwam do końca)

i na dzień dobry minus jeden za nieuzasadnione odcinanie kuponów: „(…) mistrza fantasy, którego książki wydane w ponad 1,5 milionie egzemplarzy weszły do kanonu gatunku”

drugi minus za zachwalanie (żeby była duża sprzedaż) cyklu przed jego ukończeniem – cztery tomy, z czego dwa ostatnie mają dopiero powstać, a nie wiem czy tom drugi został wydany na tzw. Zachodzie) – nielicznym udaje się sprzedawać od tak całą serię przed jej napisaniem (jak chociażby Rowling)

trzeci minus za zachowanie standardowego tricku tzw. bestsellerów – pierwsze 2/3 książki nic się nie dzieje, a zaczyna się dziać pod koniec tylko dlatego, żeby kupić kolejny tom.

Nie wiem czy mnie pamięć nie zwodzi, ale czy Horwood nie jest autorem cyklu o czym szumią wierzby ? Jeśli tak, to na Boga niech mu ktoś powie, żeby ją kontynuował zamiast brać się za fantasy.

Jedyny plus jest taki, że czyta się szybko i gładko. Lekkie pióro.

4/10

William Horwood - Skrytoświat, Wiosna

William Horwood - Skrytoświat, Wiosna

Czasami zastanawiam się, co skłania autorów różnej maści do pisania 400 stron wokół jednego dobrego pomysłu (którego opisanie zajmie max 50).

Główny bohater wyrusza w świat (nikt nie wie po co, ale musi dojść do tych 50-u stron) w towarzystwie drużyny (mag, olbrzym, kobieta, potem jakiś „orientalny” książę i odrodzony bóg), ma przyjaciela (większego maga), który poznaje Panią Śmierć,  kilku bogów i bogów bogów oraz bogów spoza lokalnego panteonu, których musi zabić główny bohater.

Na koniec szlachtuje przybyłych obcych bogów, pojawia się ojciec, który ma swój własny inny świat.

Zapomniałem dodać, że główny bohater jest głównym generałem sił pewnego królestwa.

I już. Więcej  nie ma co dodawać. Może tylko warto wspomnieć, że autor zastrzegł sobie, że może mieć kolejny pomysł na 50 stron z opisem dodatkowych czterystu w kolejnym tomie.

Cóż – przeczytałem, więc za samo to już powinienem dać 6 punktów. Minus jeden za brak pomysłu na początek. Minus także za brak pomysłu na koniec. Minus jeden za wyświechtaną formułę. Zastanawiałem się nad bohaterami, nie są zbyt wielowymiarowi, tak naprawdę wymiar mają jeden, są prości jak oś x, ale z drugiej strony autor mocno próbował ich jakoś zaakcentować (przez np. sposób mowy olbrzyma) więc łaskawie za bohaterów dam Zero, a i Plus jeden za boga bogów i jego czerwony samochód (nieliczne oryginalne koncepty).

4/10

Sendilkelm Piotr Zwierzchowski

Sendilkelm Piotr Zwierzchowski

Dziś chciałbym napisać kilka słów o pozycji która mnie pozytywnie zaskoczyła…

Zwykle oglądam (albo obwąchiwuję) książkę, zanim się za nią wezmę. Spojrzałem na podtytuł i powoli moja niechęć zaczęła narastać. Dodatkowo, ktoś mi zasugerował, że to jest typowo babska pozycja (nie obrażając nikogo). Po czym przeczytałem krótką notkę o autorze i to mnie przestawiło na nieco inny sposób postrzegania tej pozycji (co później się okazało – również zawartego w niej subtelnego humoru).

Nie ukrywam, że jeszcze kilka razy miałem ochotę odłożyć książkę i jak najszybciej zapomnieć (ale tylko na początku).

Najpierw zacząłem czytać nasze polskie sformułowania, które wydały się nietrafionym tłumaczeniem angielskich terminów, których jednak tak naprawdę nijak się dobrze nie da sie dobrze przetłumaczyć.

Potem okazało się, że to książka o wampirach i wilkołakach (a biorąc pod uwagę internetowy trend do bojkotowania lektur zawierających te dwa stworzenia w jednej książce…)

Wreszcie dotarłem do archaizmów językowych (całe szczęście, że urodziłem się w roku 197X i znam jeszcze nieco język naszych dziadków), które z początku raziły, ale w efekcie budowały nastrój ówczesnej Europy/Anglii.

Następnie było już tylko (i coraz) lepiej. Okazało się, że można napisać ciekawie o wampirach i wilkołakach i jeszcze zaskoczyć czytelnika czymś innym (choć nie nowym, to i tak zaskakuje fakt zaskoczenia). Oprócz tego czegoś innego, pojawiła się też w całej historii (w najlepszym momencie) królowa Anglii (w najlepszym bo na koniec – wszak królowa wie kiedy się zjawiać) Co przy zagmatwanym zakończeniu (aczkolwiek bardzo miłym  zagmatwaniu) sprawiło, że uśmiech pozostawał aż do ostatniej strony.

Nie napiszę, że były w tej książce elementy mrożące krew w żyłach, zapierające dech w piersi, wzruszały do łez, czy tez erotyczne. Najwłaściwszym sformułowaniem, które cisnęło mi się na usta od połowy książki było „pocieszna”. Dobra relaksująca treść nie wywołująca spazmów śmiechu, ale trwały uśmiech i miłe wspomnienia.

8/10

Gail Carriger - Bezduszna 

Gail Carriger - Bezduszna

Elizabeth Moon – Czyny Paksenarrion t.3

Wracam na chwilę do heroic fantasy by zakończyć trylogię.

W pewnej chwili zwątpiłem w zdrowy rozsądek autorki. Dotarłem do połowy tomu i w momencie kiedy bohaterka tytułowa otrzymuje propozycję objęcia królestwa i korony chciałem rzucić książkę w kąt. Szczęśliwie wytrwałem. Po tym krępującym wydarzeniu, które poddawało w wątpliwość inteligencję czytelnika i badało jego naiwność, fabuła wróciła na miłe i szczęśliwe koleiny z dwóch pierwszych tomów, na których toczyliśmy się z błogim uśmiechem do tylnej okładki.

Ponoć książka jest jak przyjaciel, i tracimy przyjaciela z chwilą kiedy żegnamy się z książką… tak się czuję – niedosyt, chęć zanurzenia się ponownie w świat, w którym tak łatwo zdobywa się chwałę 🙂

t3 przysiega zlota

Elizabeth Moon – Czyny Paksenarrion t. 1 i t. 2

Kiedy przeczytałem słowa Judith Tarr na temat tej pozycji pomyślałem sobie „kupon tolkienowski „. Po przeczytaniu pierwszego tomu już nie uważałem ksiażki Elizabeth za klon Tolkiena. Rzekłbym nawet, że jest tak blisko Władcy Pierścienia jak „Czterej Pancerni i Pies” jest blisko „Stawce Większej Niż Życie”. I to o wojnie i to o wojnie. I tam mamy krasnoludy i tu mamy (od 2ego tomu)…

Judith miała rację co do tego, iż jest to Heroic Fantasy. Od początku do końca wiemy, że główna bohaterka będzie miała masę przygód, z których wyjdzie zwycięska, a jej życie będzie się układało bardzo miło i pogodnie. I tak jest, nie ma miejsca na dylematy moralne (cóż są… ale bez wydatnej głębi). Nie ma miejsca na nieudane próby, nie ma miejsca na działania, które mogłyby zaszkodzić naszej bohaterce, czy nawet oczernić jej dobre imię.

Brakuje tutaj polotu Sapkowskiego, jego humoru i skomplikowanego świata intryg.

Brakuje tutaj inwencji Tolkiena, zagadek do rozwikłania i tajemnic skrytych do dziś.

Jednak Elizabeth napisała książkę od której trudno się oderwać, pełną akcji, bez zbędnych wstawek, które można bezkarnie pominąć przy czytaniu. Wciąga do tego stopnia, że jadąc pociągiem można niezauważyć stacji na której się chce wysiąść.

Podczas czytania nieodwołalnie miałem skojarzenia z TES IV:Oblivion, lub z wcześniejszymi TESami. Książka jest jak gra komputerowa – zdobywamy doświadczenie i skarby i jest nam miło, cieszymy się z podróży, z postaci, które los/autor stawia nam na drodze, z liniowej fabuły wiodącej nas ku następnej przygodzie.

Polecam

8/10