Kiedy przeczytałem słowa Judith Tarr na temat tej pozycji pomyślałem sobie „kupon tolkienowski „. Po przeczytaniu pierwszego tomu już nie uważałem ksiażki Elizabeth za klon Tolkiena. Rzekłbym nawet, że jest tak blisko Władcy Pierścienia jak „Czterej Pancerni i Pies” jest blisko „Stawce Większej Niż Życie”. I to o wojnie i to o wojnie. I tam mamy krasnoludy i tu mamy (od 2ego tomu)…

Judith miała rację co do tego, iż jest to Heroic Fantasy. Od początku do końca wiemy, że główna bohaterka będzie miała masę przygód, z których wyjdzie zwycięska, a jej życie będzie się układało bardzo miło i pogodnie. I tak jest, nie ma miejsca na dylematy moralne (cóż są… ale bez wydatnej głębi). Nie ma miejsca na nieudane próby, nie ma miejsca na działania, które mogłyby zaszkodzić naszej bohaterce, czy nawet oczernić jej dobre imię.

Brakuje tutaj polotu Sapkowskiego, jego humoru i skomplikowanego świata intryg.

Brakuje tutaj inwencji Tolkiena, zagadek do rozwikłania i tajemnic skrytych do dziś.

Jednak Elizabeth napisała książkę od której trudno się oderwać, pełną akcji, bez zbędnych wstawek, które można bezkarnie pominąć przy czytaniu. Wciąga do tego stopnia, że jadąc pociągiem można niezauważyć stacji na której się chce wysiąść.

Podczas czytania nieodwołalnie miałem skojarzenia z TES IV:Oblivion, lub z wcześniejszymi TESami. Książka jest jak gra komputerowa – zdobywamy doświadczenie i skarby i jest nam miło, cieszymy się z podróży, z postaci, które los/autor stawia nam na drodze, z liniowej fabuły wiodącej nas ku następnej przygodzie.

Polecam

8/10

Advertisements